Wyspa Epsteina świeciła pustkami
Świat stał się nagle pełny niewiniątek. Co prawda takich, które utrzymywały kontakty z niejakim Epsteinem, lecz – na litość boską – były to wyłącznie kontakty biznesowe, luźna korespondencja mailowa lub po prostu – radosne poklepywanie się po plecach, bez żadnych podtekstów. A wyspę Epsteina najprawdopodobniej zaludniały krasnoludki lub po prostu świeciła pustkami, gdyż nie odwiedzał jej prawie nikt. Podobnie jak nikt nie zdawał sobie sprawy, że Jeffrey Epstein był pedofilem i handlarzem ludźmi, jedną z najbardziej ponurych postaci przełomu stuleci.
Taka jest przeważająca reakcja możnych tego świata na odtajnione dokumenty dotyczące poczynań Epsteina. Owszem, paru z nich podało się do dymisji, w ten czy inny sposób wycofali się z życia publicznego, lecz dominuje reakcja: to nie ja. Oczywiście, jedno z najpoważniejszych pytań dotyczy zaangażowania w procedery Epsteina obecnego prezydenta USA. „Odtajnione akta zawierają prawie 40 tysięcy odniesień do prezydenta Donalda Trumpa, który przyjaźnił się z Jeffreyem Epsteinem przez kilkanaście lat” – pisze w korespondencji z USA Aleksandra Słabisz. Oczywiście „Trump, któremu nie postawiono żadnych zarzutów, zaprzecza wszelkim nieprawidłowościom w związku z Epsteinem”.
Odtajnione dokumenty zmuszają do postawienia jeszcze jednego pytania: na ile Epstein współpracował z Rosją? „W odtajnionych aktach wielokrotnie pada nazwisko Władimira Putina, pojawiają się też informacje wskazujące, że Epstein chciał się z nim spotkać, ale nie znaleziono dowodów, że doszło do kontaktu albo współpracy” – pisze Słabisz. Sprawa jest jednak rozwojowa. Jak się okazuje, również w Polsce. Premier Donald Tusk powołał specjalny zespół, który ma analizować polskie ślady w aferze Epsteina. Na wyrost? Wydaje się, że Epstein nie był jakoś szczególnie zainteresowany Polską. Tylko że żyjemy w takich czasach, że trzeba działać nawet na wyrost. Żeby później nie ponieść dotkliwych konsekwencji zaniechania.