Dziś wydaje mi się to groteskowe: 30 lat temu napisałem pracę magisterską o lekcjach, jakie USA wyciągnęły z klęski w Wietnamie. Główną nauczką miała być potrzeba zdefiniowania jasnego i realistycznego politycznego celu, jaki chce się osiągnąć, rozpętując wojnę – zgodnie z maksymą Fryderyka Wielkiego, że dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów.
Historycznie i na papierze wszystko się zgadzało, więc swoją tezę obroniłem na piątkę (przy okazji pozdrawiam Ośrodek Studiów Amerykańskich UW!). Tyle że przyszłość miała inne plany. Po tym jak wkroczyłem w tzw. prawdziwe życie, USA – obok sensownie zaplanowanych interwencji wojskowych – angażowały się w przywracanie nadziei i budowanie demokracji w Somalii oraz Haiti, a także w niszczenie dyktatury i przywracanie wolności w Iraku. Te wojny skończyły się dla Amerykanów rejteradą. Ba, nawet uzasadniona interwencja w Afganistanie okazała się mieć fantastycznie optymistyczne założenia. I też zakończyła się porażką.
Najnowsza amerykańska wojna – z Iranem – również wydaje się nie mieć jasnego i realistycznego celu.
Uważa tak większość Amerykanów.To problem nie tylko dla Irańczyków – z których większość, stawiam zakład, nie płacze po Alim Chamaneim i spółce.
W kraju o czwartych zasobach ropy na świecie jedna trzecia społeczeństwa żyje poniżej progu ubóstwa. Mieszkańcy Iranu zapewne marzą o końcu dyktatury. Choć na razie wygląda na to, że amerykańskimi bombami tych marzeń nie spełnią. A Teheran ma ajatollahów pod dostatkiem.
To problem także dla Donalda Trumpa i spółki. Swoim wyborcom prezydent USA obiecywał Amerykę wolną od dalekich konfliktów, zwłaszcza zbrojnych. Najwyraźniej jednak – jak w znanym żarcie o skorpionie – nie zdołał się powstrzymać.
A rozliczenie obietnic już jesienią w wyborach do Kongresu.Z wojny ponoć cieszą się za to Chiny – obecnie arcywróg Ameryki.
Obserwatorom nalotów USA na Iran polecam naszą relację (a jeśli brakuje wam tekstów o innych okropnościach tego świata,
poczytajcie książki reporterskie, które dotarły do finału Nagrody im. Kapuścińskiego).Czytam, że w Iranie amerykańscy wojskowi realizują plan boży. A może chodzi po prostu o zaspokojenie niemal boskiego ego Donalda Trumpa? Dajcież mu wreszcie tego Nobla, a najlepiej IgNobla – z literatury, rzecz jasna.