Turyści prowadzeni przez przewodników w góry, nieraz słyszą opowieści o zakopanych przy szlakach skarbach, które mieli ukryć zbójnicy.
Antoni Kroh - literat, tłumacz, etnograf, historyk kultury, znawca góralszczyzny, autor m.in. znakomitej książki "Sklep potrzeb kulturalnych" o Podhalu, zwierzył mi się ze swoich przemyśleń na temat opowieści na temat zbójników: - Pierwsi goście, którzy docierali na przełomie XIX i XX wieku w Tatry, wynajmowali przewodników, a przewodnik górski nie może być słabowity, nie może być mrukiem. Dla kogoś, kto pierwszy raz szedł na halę Ornak, to była wielka wyprawa. Przewodnik, który go tam prowadził, był w jego oczach niebywale odważnym człowiekiem. I był potrzebny, bez niego "pan" nie dałby sobie rady. A jeszcze opowiadał po drodze bajdy. O czym? O zbójach oczywiście. Zbój z opowieści miał wzruszać, pobudzać wyobraźnię, nie przerażać. Zabierał bogatym i dawał biednym. Ale jak się ma przekonanie o owym rozdawnictwie do legend o skarbach zbójnickich? A więc rozdawali czy zakopywali? Trudno to pogodzić.
Przedstawiciele pierwszego pokolenia inteligencji podhalańskiej - ci pierwsi górale, którzy w XIX w. zaczęli się kształcić, zostawili po sobie pamiętniki; pisali, że w tradycji podhalańskiej dobrych zbójników nie było.
Antoni Kroh tłumaczy: - Zbójnicy z dokumentów sądowych, ci prawdziwi, XVIII-wieczni, żyli nędznie. Nie wiedli życia szczęśliwych i wolnych dzieci natury, jak się ich przedstawia. Wieszano ich, na przykład w Żywcu, za kradzież kilku oscypków albo jagnięcia. Jeśli mimo to kradli, to zwykle z głodu. Jeśli bacowie na halach i właściciele owiec we wsiach podziwiali ich, to tak, jak sklepikarze podziwiają mafię, której trzeba się opłacać. Jednak mit dobrego zbójnika przyjął się.
Jednak odkrycia skarbów ukrytych w górach naprawdę się zdarzają. Ostatnio na przedmioty ze złota natrafili turyści w Karkonoszach.