Powstały w 1829 roku Scotland Yard rósł wraz z rozwojem medycyny sądowej i na zawsze zapisał się w historii – także popkultury.
Bo kto towarzyszył
Sherlockowi Holmesowi w rozwiązywaniu zagadek? Niezbyt lotny inspektor Lastrade. Kto nieskutecznie usiłował schwytać Kubę Rozpruwacza wielokrotnie portretowanego na ekranie i w literaturze? Między innymi detektywi Scotland Yardu.
Choć w filmach, serialach i książkach nie zawsze pokazywani byli jako najlepsi śledczy swoich czasów, Simon Read w książce "Scotland Yard: Krwawa historia" oddaje im sprawiedliwość.
Opisuje sprawy, które rozwiązywali. Na przykład tajemniczą zagadkę wielu żon jednego mężczyzny, z których każda utopiła się w wannie, czy brawurową ucieczkę przez Atlantyk mordercy żony i jego przebranej za mężczyznę kochanki.
Read pisze swój historyczny reportaż jak kryminał, podrzuca tropy pod nogi, a niczym autor powieści kryminalnych podaje też rozwiązanie. Przede wszystkim jednak opisuje XIX-wieczny Londyn jako miejsce, w którym łatwo było zginąć – zwłaszcza ubogim kobietom. Wymiar sprawiedliwości za długo wierzył na słowo uprzywilejowanym, a publiczne egzekucje były dla rzeszy ludzi jedyną rozrywką w smutnej, lepkiej od brudu rzeczywistości.
Autor funduje więc czytelnikom nie tylko opowieść historyczną, ale i wycieczkę w przeszłość w pierwszej klasie. Czasami robi to z cierpkim humorem, czasami ze współczuciem dla detektywów dociskanych przez presję społeczną, przedwcześnie zmarłych lub zapomnianych.
Na głębszym poziomie "Scotland Yard: Krwawa historia" to także opowieść o ludzkiej naturze. I to dość niewesoła. Motywy zbrodni nigdy się nie zmieniają, każdy fan true crime zauważy w trakcie lektury, że właściwie od setek lat są takie same. Ktoś ma więcej i nie chce się podzielić, ktoś inny zaufał za bardzo, a kolejny się zakochał, lecz nie w swojej żonie.
Książka Reada to więc również ponury pejzaż ludzkich charakterów, lecz napisany tak, by czytelnik zasnął spokojnie. W końcu gdzieś tam są detektywi, którzy walczą o to, by zło zostało ukarane. Nawet jeśli czasami robią to bezskutecznie, sama świadomość, że są, daje pocieszenie. Prawda?