| Kiedy byłam mała, co roku jeździłam na wakacje nad morze. Godzinami wgapiałam się w bezkresny Bałtyk, zafascynowana odległą linią, gdzie woda płynnie przechodziła w niebo. Ideę horyzontu poznałam wcześnie, choć do dziś wyraźnie pamiętam, jak zza sąsiedniego parawanu ktoś przekonywał, że „jakby wziąć motorówkę, to by się do niego dopłynęło”. Cóż to by była za strata! Nieco ponad dekadę temu, Martyna Wojciechowska, dziennikarka, podróżniczka i niestrudzona entuzjastka przekonywania innych, że niemożliwe nie istnieje, wydała książkę, którą zatytułowała „Przesunąć horyzont”. Opisała w niej nie tylko swoją wyprawę na Mount Everest, ale też tę dużo trudniejszą drogę, którą musiała przebyć wewnątrz siebie po stracie przyjaciela, chorobie i wypadku, w którym złamała kręgosłup. Jeśli osoba, której lekarze mówili, że może zapomnieć o powrocie do pełnej sprawności, a później o własnych siłach zdobywa górę gór, zapewnia, że mogę więcej, niż mi się wydaje, to komu mam zaufać, jeśli nie jej? Dziś, 20 lat po tym, jak stanęła na szczycie Ziemi, wraca do tamtych chwil, opatrując je nowym komentarzem. O tym, jak patrzy na tę wyprawę przez pryzmat nowych doświadczeń, i dlaczego warto przesuwać swój horyzont, opowiada Agnieszce Urazińskiej. Martyna Wojciechowska całym swoim życiem udowadnia, że marzenia są po to, żeby je spełniać. Nie znaczy to wcale, że będzie łatwo. Nie znaczy jednak też, że będzie trudno. Czasami od celu ważniejsza może okazać się droga, kiedy indziej zdamy sobie sprawę, że to, do czego dążymy, wcale nie jest tym, czego tak naprawdę chcemy. W tym numerze opowiada mi o tym Frances van Hasselt, artystka z Republiki Południowej Afryki, która wraz z kilkunastoma kobietami ze swojego rodzinnego Karoo, ręcznie przędzie tkaniny z moheru. To nie był jej plan na życie. Marzyła o pracy w świecie wielkiej mody i desperacko pragnęła uciec z Afryki. A kiedy jej się to udało, zdała sobie sprawę z tego, że to, za czym tak goniła, znajduje się na farmie jej rodziców, u stóp Gór Swartberg. Dla każdego z nas horyzont, o którym mówi Martyna Wojciechowska, będzie oznaczał co innego. Kiedy usłyszałam to wspomniane na początku zdanie o płynięciu do niego motorówką, potraktowałam je wtedy dosłownie. Dziś patrzę na to inaczej i myślę sobie jednak, że warto próbować. Choćby po to, żeby przekonać się, co nas czeka po drodze. | | | |
|