Był piękny poniedziałkowy poranek.

Rzym.

Leżałem w hotelowym łóżku i przeglądałem pocztę.

Moja żona spała obok.

Za oknem miasto dopiero się budziło, a ja zabijałem czas, czekając aż wstanie i pójdziemy na śniadanie.

Mail za mailem.

Jedno powiadomienie po drugim.

I wtedy trafiłem na tego durnego maila.

Ale najpierw kontekst.

Postawiłem klientowi biznes od zera.

Nie „pomogłem trochę”.

Nie „doradziłem przy kampaniach”.

Postawiłem go od zera.

Doszliśmy do 600 tysięcy przychodu miesięcznie. Biznes rósł, reklamy dowoziły, liczby się spinały. Klient generował zyski, które jeszcze pół roku wcześniej były dla niego poza zasięgiem.

Życie było piękne.

Dostawałem 15% od przychodu, on zarabiał pieniądze, a cały system działał dokładnie tak, jak powinien.

I wtedy, natchniony reklamami z Facebooka, napisał do mnie:

„Adrian… musimy kręcić rolki i rozwijać Instagrama. To pomoże nam wskoczyć na kolejny poziom”.

Podniosło mi ciśnienie lepiej niż włoska kawa.