Dzień dobry,
w latach 90., kiedy Polacy uczyli się kapitalizmu, narodził się kult „zapier…”. Pracowali po kilkanaście godzin dziennie, często na czarno, bez poczucia bezpieczeństwa – bo inaczej się nie dało.
Moje pokolenie ma już eleganckie umowy, płacę minimalną, zwolnienia lekarskie i urlopy macierzyńskie. I możemy mieć też prywatnego kierowcę. Zamiast limuzyną przyjedzie hybrydową Toyotą, ale to nawet lepiej. Mniejszy koszt dla środowiska.
Otwieram więc aplikację, wpisuję adres, za chwilę przychodzi wiadomość: twój kierowca jest już na miejscu. A 10 zł z podpiętej karty leci… no właśnie, do kogo?
W reportażu o uberyzacji Warszawy poznajemy Azurbeka, kierowcę taksówki na aplikację z Uzbekistanu. Czasem słyszy, że pracuje „na łasce Polaków” i że „ktoś wreszcie zrobi z nimi, migrantami, porządek”. Nie wychyla się. Przyjechał z długami, większość wypłaty wysyła rodzinie.
– Żaden kierowca nie wie, jak działa algorytm, ale wszyscy próbują go przechytrzyć. Jeśli odrzucasz zlecenia, spadasz na koniec listy. (…) Grunt, żeby jeździć dużo i nie narażać się pasażerom – mówi w rozmowie z Rafałem Górskim.
„Jeździć dużo”, czyli od 6 do 15 albo od 15 do momentu, aż nie zacznie zasypiać za kierownicą. Bo „zapier…” z lat 90. wcale nie zniknął, zmienił tylko adres. Ty go zamawiasz. Ja zamawiam. Moi znajomi zamawiają. Podoba nam się, że jest szybko, wygodnie i w cenie latte z kawiarni.
Usłyszę pewnie od niektórych, że „taki jest rynek". Od innych, że nasza wygoda zawsze będzie czyimś wyzyskiem – i że przecież Azurbek zarabia w Polsce dwa razy tyle, co w domu. Tyle że – biorąc pod uwagę czas pracy, paliwo, prowizje i koszt utrzymania auta – przejazd za kilka złotych nie może być uczciwy wobec kierowcy, który w dodatku nie ma ubezpieczenia, prawa do urlopu ani wsparcia związku zawodowego.
I nagle wiadomość od kierowcy – „będę za trzy minuty” – nie brzmi już tak beztrosko. Zapraszam Państwa do przeczytania tekstu „Uberyzacja Warszawy” (który nie tylko Warszawy dotyczy).