Dlaczego więcej czasu poświęcamy na wybór telefonu niż partnera?
Gdy kupowałam ostatni telefon, przeczytałam kilkanaście recenzji. Porównałam parametry, obejrzałam testy na YouTubie, sprawdziłam opinie użytkowników i przez kilka dni zastanawiałam się, czy dopłacić kilkaset złotych do lepszego modelu. Podobnie mam z kosmetykami. Kto mnie zna, ten wie, że zanim kupię krem, potrafię przeprowadzić śledztwo godne CBŚ. Analizuję składy, sprawdzam badania, porównuję substancje aktywne, konsultuję się z Chatem GPT i przez pół wieczoru rozważam, czy dany składnik jest moim przyjacielem, czy śmiertelnym wrogiem.
O wyborze wakacji, samochodu czy mieszkania nawet nie wspomnę.
Brzmi znajomo?
I właśnie podczas jednej z takich operacji specjalnych pod kryptonimem „Zakup” uświadomiłam sobie pewien paradoks. Przy ważniejszych zakupach robimy research. Przy zmianie pracy analizujemy ryzyka. Przy inwestycjach potrafimy tygodniami zbierać informacje i konsultować się z ekspertami. A przy wyborze partnera życiowego, z którym chcemy spędzić kilkadziesiąt lat życia? Czy mamy na to strategię? Plan działania? Checklistę? Jakikolwiek pomysł?
Gdy zaczęłam grzebać w badaniach dotyczących miłości, randkowania i doboru partnerów, wyszedł z nich dość ponury wniosek.
Większość ludzi uważa miłość za jedną z najważniejszych rzeczy w życiu. A jednak relatywnie niewielu podchodzi do jej szukania z taką samą konsekwencją, z jaką podchodzi do kariery, własnego ciała czy zakupu mieszkania.
Jesteśmy gotowi przeprowadzić się do innego miasta dla pracy. Robić kursy, szkolenia i przez lata budować markę osobistą. Optymalizować dietę, sen i produktywność. Wkładać ogromny wysiłek w to, żeby stać się lepszą wersją siebie i — jak radzą instagramowi coachowie — wreszcie „uwolnić swój potencjał”.
A gdy przychodzi do miłości? Człowieka, z którym chcemy spędzić kilkadziesiąt lat życia, najczęściej poznajemy dlatego, że usiadł obok nas na studiach, pracował w tym samym biurze, pojawił się na imprezie u znajomych albo algorytm Tindera uznał, że mieszka wystarczająco blisko.
Czyżby miłość była konkursem piękności organizowanym przez los? Nagrodą przyznawaną wyłącznie szczęściarzom, którzy przypadkiem znaleźli się we właściwym miejscu i czasie? A to dopiero początek. Bo od tej, na ogół przypadkowo poznanej osoby, oczekujemy dziś rzeczy, których nie oczekiwało żadne pokolenie przed nami.
Ma być najlepszym przyjacielem. Kochankiem. Powiernikiem. Współrodzicem. Towarzyszem podróży. Źródłem ekscytacji. Wsparciem emocjonalnym. A czasem jeszcze prywatnym terapeutą.
Jak więc to możliwe, że od tej osoby oczekujemy niemal wszystkiego, a jednocześnie tak często pozostawiamy jej znalezienie przypadkowi? Temu samemu przypadkowi, któremu nie powierzylibyśmy ani kariery zawodowej, ani finansów, ani zdrowia naszego, a tym bardziej własnych dzieci.
Otóż nauka ma na ten temat zaskakująco mało romantyczną odpowiedź.
Największym swatem w historii ludzkości była… logistyka.
W latach 50. psycholog Leon Festinger postanowił sprawdzić, jak rodzą się przyjaźnie i relacje między mieszkańcami akademika. Spodziewalibyście się pewnie wielkich podobieństw charakterów czy wspólnych zainteresowań. Nic z tych rzeczy. Najbliższe więzi tworzyły się najczęściej między ludźmi mieszkającymi obok siebie, na tym samym piętrze albo w pobliżu schodów i miejsc wspólnych. Nie dlatego, że byli najbardziej kompatybilni. Po prostu częściej na siebie wpadali.
Tak narodziła się jedna z najbardziej znanych teorii psychologii społecznej — proximity effect, czyli efekt bliskości. Badanie dotyczyło wprawdzie przyjaźni, ale jego wnioski okazały się zaskakująco trafne również w przypadku miłości.
Jej podstawowe założenie jest brutalnie proste. Jednym z najsilniejszych predyktorów związku nie jest idealne dopasowanie. Jest nim dostępność. Znajoma twarz. Powtarzalność kontaktu. Częste przebywanie obok siebie.
Innymi słowy, być może o wielu wielkich historiach miłosnych nie zdecydowało przeznaczenie, tylko dobrze zaprojektowany korytarz akademika.
Według badań Pew Research Center — jednego z największych amerykańskich ośrodków badających zmiany społeczne — większość ludzi uważa bliską, trwałą relację za jeden z kluczowych warunków szczęśliwego życia.
Jeszcze mocniej pokazuje to słynne Harvard Study of Adult Development, jedno z najdłuższych badań nad szczęściem w historii świata. Od ponad 80 lat naukowcy analizują wpływ dochodów, kariery, wykształcenia, zdrowia i statusu społecznego na jakość życia. Po dekadach obserwacji werdykt okazał się zaskakująco prosty: najsilniejszym czynnikiem wpływającym na szczęście, zdrowie i długowieczność okazały się dobre, bliskie relacje.
Mamy dziś więcej wiedzy o miłości i związkach niż jakiekolwiek pokolenie przed nami. Czytamy książki psychologiczne, chodzimy na terapię, uczymy się stawiać granice, rozpoznawać style przywiązania, odróżniać green flags od red flags. Dodefiniowujemy wymarzoną miłość, czasem karmiąc się wzorcami z romantycznych filmów lub porównując własne związki do cudzych instagramów.
Tylko co właściwie potem z tą wiedzą robimy?
Co odpowiedzieliby Państwo na to pytanie, patrząc uczciwie na własne życie?
W 2017 roku nastąpił historyczny przełom. Badanie profesora Michaela Rosenfelda ze Stanford University pokazało, że w Stanach Zjednoczonych internet i aplikacje randkowe po raz pierwszy wyprzedziły wszystkie inne sposoby poznawania partnerów.
Brzmiało to jak rewolucja. Jakby wreszcie ktoś wymyślił strategię na miłość.
Skoro mamy dostęp do tysięcy potencjalnych kandydatów, znalezienie tej idealnej osoby powinno być łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej.
Tymczasem wydarzyło się coś odwrotnego. Psycholog Barry Schwartz nazwał to paradoksem wyboru.
Im więcej mamy możliwości, tym trudniej podjąć decyzję. Tym częściej zastanawiamy się, czy nie odrzuciliśmy kogoś lepszego. Tym bardziej boimy się pomyłki. I tym mniej jesteśmy zadowoleni z dokonanych wyborów.
Współczesne randkowanie coraz bardziej przypomina rekrutację bez działu HR. Sama kiedyś szukałam pracownika do swojego działu. Przyszło ponad tysiąc zgłoszeń. Po kilku dniach byłam tak zmęczona analizowaniem kandydatów, że ostatecznie zatrudniłam osobę poleconą przez znajomego. I zastanawiam się, czy z randkowaniem nie dzieje się podobnie.
Może właśnie dlatego od tysięcy lat ludzie poznają partnerów głównie dzięki sieciom społecznym — kiedyś były nimi rodzina, znajomi, szkoła i praca, dziś coraz częściej są nimi także aplikacje randkowe. Może nasz mózg po prostu nie został stworzony do przeglądania niekończącego się katalogu kandydatów.
Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu możliwości poznawania ludzi. I nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie było tym poznawaniem tak zmęczonych.
Coraz częściej zastanawiam się, czy naprawdę szukamy miłości, czy może po prostu na nią czekamy.
Bo być może większość szczęśliwych związków nie zaczęła się od odnalezienia „drugiej połówki”. Może zaczęła się od spotkania dwojga ludzi, którzy pojawili się w swoim życiu we właściwym momencie. Mieli podobny etap życia. Podobne potrzeby. Ten sam cel. I gotowość, by zamiast szukać dalej, zacząć budować coś razem.
Oglądając „Love Is Blind” czy „Ślub od pierwszego wejrzenia”, mam wrażenie, że uczestników tych programów nie połączyły wspólne zainteresowania, podobne poglądy ani przeznaczenie.
Połączyło ich coś znacznie mniej romantycznego — determinacja. To ludzie, którzy zmęczeni miłosnymi porażkami, nie chcieli już czekać, aż los łaskawie coś im podrzuci.
Czy to działa? Najczęściej nie. Większość tych relacji się rozpada. Ale na ich obronę można powiedzieć jedno: przynajmniej traktują miłość wystarczająco poważnie, żeby coś w jej sprawie zrobić.
Większość z nas w tym czasie potrafi stworzyć Excela porównującego trzy ekspresy do kawy, pięć ofert kredytowych i siedem hoteli. A potem zakochać się w człowieku poznanym na imprezie u znajomych.
Przyznajcie, że gdybyśmy z takim zaufaniem do przypadku wybierali kredyt hipoteczny, większość z nas nie przespałaby spokojnie ani jednej nocy.
I chyba właśnie dlatego po przeczytaniu tych wszystkich badań bardziej niż odpowiedź interesuje mnie dziś pytanie:
Czy miłość jest loterią?
Czy może po prostu poświęcamy jej znacznie mniej świadomego wysiłku, niż chcielibyśmy o sobie myśleć?