Po latach milczenia odkrywane są dawne tajemnice i sekrety, skrywane tym głębiej, im większy stał za nimi ludzki dramat. I im większy towarzyszył im wstyd.
Całkiem niedawno pisałam w „Wysokich Obcasach" o
książce kanadyjskiej dziennikarki i pisarki Heather Marshall „Szukając Jane". Przedstawiła dramat dziewczyn, które trafiły – najczęściej odesłane przez rodziny – do domów dla niezamężnych matek. Historia, którą opisała Marshall, zaczyna się w latach 60., gdy Evelyn Taylor zostaje odesłana do takiego zakładu, bo jej narzeczony umiera, pozostawiając ją w ciąży. Ma urodzić dziecko w sekrecie, a następnie zostanie ono oddane do adopcji, ona zaś wróci do rodziny i nikt się nigdy nie dowie, że było jakieś dziecko. Samotna dziewczyna z nieślubnym dzieckiem nie ma bowiem szans w konserwatywnym społeczeństwie – czeka ją bezdomność, głód (nikt jej nie da pracy) i prawdopodobnie śmierć. Opis domu, w którym toczy się akcja powieści, Marshall stworzyła na podstawie wspomnień osadzonych (tym terminem posługiwała się wobec zamkniętych w ośrodkach kobiet administracja). Skala dramatu przeraża – ponad trzysta tysięcy kanadyjskich matek zostało przez system zmuszonych do oddania dziecka do adopcji. Nigdy nie usłyszały przeprosin od swojego kraju. Takie domy dla niezamężnych matek istniały po wojnie w wielu krajach, nie tylko w Kanadzie.
Chyba najtragiczniejszą odsłonę tej historii poznaliśmy w 2014 roku, gdy
na terenie Domu Matki i Dziecka w Tuam, w zachodniej Irlandii, odkryto prawie 800 ciał podopiecznych tej placówki prowadzonej przez zakonnice. Takich domów w Irlandii było wiele i tam również trafiały niezamężne kobiety w ciąży. Bardzo dużo dzieci urodzonych tam zmarło przy porodzie albo z powodu chorób. Łącznie w tego typu ośrodkach zginęło dziewięć tysięcy dzieci. Te, które przeżyły, były oddawane do adopcji. W domach zamknięto kilkadziesiąt tysięcy matek, wiele z nich zmarło wskutek wycieńczenia. O rzeczywistości w przyklasztornych ośrodkach, do których trafiały „upadłe kobiety", napisała wybitną powieść „Drobiazgi takie jak te" Claire Keegan.
W tym numerze „Wysokich Obcasów" Anna Pamuła rozmawia z francuską pisarką Sophie de Baere, która opisała losy tzw. Petits Paris – małych Paryżan. Tak nazywano dzieci, które francuska opieka społeczna wysyłała z paryskich przytułków do chłopskich rodzin w Morvan. Odbierano je niezamężnym kobietom, które zostały przez swoje rodziny zamknięte w domach dla niezamężnych matek, by urodziły w tajemnicy i wróciły bez dziecka i bez wstydu. Maisons maternelles działały do lat 60. Kobiet, którym odebrano dzieci, było dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Prawdopodobnie były wśród nich dziewczyny, którym oddanie dziecka (jeśli było niechciane) przyniosło ulgę. Ale było wiele, które zostały do tego zmuszone. Gdy przyjrzymy się tym historiom, zobaczymy, czym są podbite – że ich podszewkę uszyła religijność, wedle której zajść w ciążę bez ślubu było grzechem. Trudno o wyraźniejszą ilustrację porzekadła, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.
Dziś badaczki i pisarki odkrywają te wstrząsające historie i przesuwają wstyd na właściwą stronę. Dziś musimy płonąć ze wstydu, że tak urządzony świat był możliwy.