|
Otwieram aplikację, a tam kalendarz zapełniony kolorowymi kafelkami. Miesiąc za miesiącem. Niby normalka, tylko że tym razem nie chodzi o pracę, urlop ani goniące terminy. Każdy kafelek znaczy coś innego, ale wszystkie prowadzą do jednego: potu na czole. I, mam nadzieję, dobrej formy.
W lipcu wspominałem, że szykuję się do czegoś większego. I nie chodzi o to, że przez brak ruchu, spowodowany drobną kontuzją na Małym Szlaku Beskidzkim, sam zrobiłem się nieco… „większy”. Do sprawności na szczęście powoli wracam.
Nie powiem jeszcze, dokąd jadę, ale zdradzę, że tak wysoko jeszcze nigdy nie byłem. Skoro więc góra poważna, to uznałem, że to moje bieganie raz na jakiś czas to trochę za mało i potrzebuję czegoś, co ma rzeczywistą strukturę treningu, a w dodatku podchodzi od ludzi, którzy się na tym znają. Kupiłem więc najprawdziwszy plan treningowy. Tak jest, zapłaciłem, żeby ktoś mi powiedział, jak mam chodzić po górach.
Pierwszy kontakt był sporym szokiem. "Dużo tego" – pomyślałem. No i kiedy ja na to znajdę czas? Do tej pory wychodziłem sobie pobiegać, kiedy naszła mnie ochota, a teraz czekał mnie ścisły reżim. Kiedy przeglądałem kolejne, zaplanowane treningi, najbardziej w oczy rzuciła mi się jedna rzecz. Na początku wcale nie chodziło o wysiłek, a o regularność. Co więcej, trening wprost nakazuje, by nie przekraczać pewnego, określonego tempa.
Co mam robić według tego treningu, by znaleźć się w formie życia?
Zbudować bazę tlenową, czyli zdolność do wielogodzinnego wysiłku, a do tego mocno wzmocnić ciało, zwłaszcza nogi. Wydaje się to oczywiste, więc jak to w praktyce wygląda?
Przez pierwsze tygodnie będę przede wszystkim chodzić po schodach w tempie konwersacyjnym. Gdybym mieszkał w górach, to trenowałbym na szlaku, ale że nie mam Babiej Góry za oknem, to zostaje siłownia. To wspomniane tempo znasz zapewne z filmów. Słychać już lekką zadyszkę, ale jestem jeszcze w stanie mówić do obiektywu i udawać, że ma to sens. Profesjonalnie mierzy się to w oparciu o tętno z zegarka lub pasa piersiowego i górna granica tej strefy to kwestia dosyć indywidualna. Nuda? Pewnie trochę tak. Ale można w tym czasie pomyśleć o montażu zaległego filmu z Małego Szlaku Beskidzkiego. Nie zapomniałem!
Potem robi się ciekawiej i nieco trudniej. Dochodzi plecak, który z czasem będzie ważył co raz więcej. Dochodzi też siłownia, taka ogólnorozwojowa, ale będzie tam też bardzo dużo różnych ćwiczeń związanych… z nogami. Wiadomo. Gdzieś po miesiącu czy dwóch pojawia się pierwsze dwadzieścia minut, kiedy wolno mi przyspieszyć i pewnie poczuję się wtedy jak koń wypuszczony na łąkę. Pod sam koniec planu dojdzie jeszcze jedna sesja, gdzie plecak w założeniu ma być tak ciężki, żeby to nie zadyszka, a właśnie wytrzymałość moich nóg była ograniczeniem marszu. Ciekawe, czy będę w stanie to porównać do jakiegokolwiek podejścia w Beskidach. Trochę nie mogę się doczekać tego eksperymentu, bo w założeniu mam chodzić dużo, ale raczej wolno. Mam trenować… sześć dni w tygodniu. Dwa razy siłownia, trzy sesje na schodach (albo w górach), w tym jedna długa, a do tego dzień lekkiej regeneracji. Najbardziej ciekawią mnie efekty, którymi postaram się tu dzielić.
Efektem montażu jest za to film z Jagnięcego Szczytu, który pojawił się na kanale jakiś czas temu: |