Wtorek, 13 października 2026

Anna Woźniak
Dziennikarka Wysokich Obcasów


Pamiętacie, jak dzieci były malutkie i zaczynały wydawać z siebie pierwsze, w miarę artykułowane dźwięki, a my w z ekscytacją zgadywaliśmy czy „gugigi” to but, czy kurtka. Wskazywaliśmy palcem na przedmiot i z miny malucha próbowaliśmy odgadnąć: but? kurtka? Ach, chodzi ci o czapeczkę! Duma z dziecka, że się tak pięknie stara i z nas rodziców, że już wiemy o co mu lub jej chodzi była ogromna.
Moi synowie długo mówili w swoich własnych językach, a ja miałam niezłą zabawę rozgryzając ich słowotwórstwo.
Łedziu – dużo/duże.
Edziu – Jasio, młodszy brat.
Mama, mówione cicho – mało/małe.
Mama, mówione głośno – mama.
Ioio – wiadomo, karetka lub policja na sygnale.
Szłam z synkiem na spacer, a on objaśniał mi świat: Edziu nie łedziu. Edziu mama. Mama nie mama. Mama łedziu. A ja kiwałam głową z prawdziwym zrozumieniem.
Kilkanaście lat później, mój syn ma w pełni przyswojony język ojczysty, całkiem dobrze jeden język obcy i podstawy drugiego. Można by pomyśleć, że nasza komunikacja jest pełna i jasna.
Tymczasem, ja ponownie uczę się dziecięcego języka, dokładniej odczytywania nastoletnich chrząknięć, wzdychań, przewracania oczami. Z tą różnicą, że gdy Leoś miał dwa latka wiedziałam, że nie potrafi inaczej, a bardzo chce być ze mną w kontakcie. Teraz narzędzia do komunikacji mamy oboje, ale jemu nie chce się ich używać, a może rozumie je inaczej ode mnie. I to bywa naprawdę frustrujące.
Bo czy to taki problem odpowiedzieć pełnym zdaniem na pytanie: Jak było w szkole?
Albo jednym krótkim „tak” lub „nie” na pytanie: Czy podobał ci się ten film?
Czasem chciałabym zamilknąć, odpowiedzieć mu mruknięciem na jego pytania, ale wiem, że to ja jestem dorosła, bardziej stabilna emocjonalnie, no i przeszłam już przez swoją nastoletniość, coś tam z niej pamiętając. Staram się więc zrozumieć i porozumieć z moim 15-latkiem.
Wiem już, że zadawanie pytań jest bez sensu. On pytanie odbiera jak przepytywanie, nie początek rozmowy. Nie lubi tego, woli milczeć, albo udawać, że go nie słyszał.
Jeśli chcę się czegoś dowiedzieć, zaczynam mu coś opowiadać, bez opcji pytania o cokolwiek. Jest szansa, że się zainteresuje tematem, zacznie opowiadać swoją historię, a pytania pojawiają się naturalnie. Skaczemy z tematu na temat, zahaczając o nową szkołę (może być), niedobre obiady na stołówce (kto wymyślił szpinakową?) i metody nauczania pana od matematyki (spoko).
Czasem jednak muszę zadać pytanie. O 7.12 rano pada z moich ust: Chcesz kanapkę do szkoły? Tu opcji jest kilka. „Nie wiem” oznacza raczej tak. „Aha” - zdecydowane tak. Oezu z oczami do nieba -  zdecydowane nie.

 „O ty gnomie nieletni” pomyślałam ostatnio, słysząc opcję nr. 3. Nic nie powiedziałam, ale resztki zdrowego rozsądku i dumy popchnęły mnie w stronę łóżka, z którego wstałam, gdy syn wyszedł z domu.
Włączyło mi się matczyne „Ja się staram, a ty co?”. Ale przecież on ma 15 lat. Sam sobie bez problemu zrobi kanapki do szkoły. A gdy będzie potrzebował pomocy, poprosi o nią. Jak mawiała moja babcia: „Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”. Trudno ją docenić, zdecydowanie częściej po prostu nas drażni.
I tak sobie „gadamy” z synkiem. Nie zawsze jest to wartościowa rozmowa, lubimy na przykład wspólnie pomarudzić, pośmiać się z głupich filmików. Dobrze wychodzi nam gotowanie, robienie zakupów w spożywczaku, planowanie wakacji. Poznajemy się i uczymy swoich języków.  

POLECAMY

Psycholożka: Bezstresowe wychowanie to diabelski pomysł. Kto nauczyć dziecko, że jest dobro i zło?
- Wyśmiewanie to stosowana przez wielu dorosłych metoda wpływania na poglądy i postępowanie nastoletnich dzieci. Wydaje się im, że to, co obśmieją, w oczach córki czy syna straci wartość. Zamiast tego u dziecka pojawia się cierpienie - mówi psycholożka Aleksandra Piotrowska.
CZYTAJ WIĘCEJ


DZIECI W MIEŚCIE

REKOMENDACJE DLA CIEBIE