Wyobraź sobie ten moment w niedzielę wieczorem. Plecak spakowany trochę na siłę. W środku jeszcze okruchy po świątecznych piernikach mieszają się z zapachem gumki do wycierania. Dziecko patrzy na kalendarz i widzi coś, co w logice dziecięcego świata jest błędem w Matrixie. Osiem dni. Tyle ma spędzić w szkole po świątecznym lenistwie, żeby zaraz potem znowu zniknąć na dwa tygodnie ferii.
To tak, jakby ktoś kazał wam rozbiegać się do sprintu, a po trzech krokach postawił ścianę. Albo jakbyście czytali fascynującą książkę i ktoś wyrwał wam ją z ręki w połowie zdania, mówiąc: „poczekaj chwilę, zaraz wrócisz”.
Tylko że mózg nie lubi takich szarpnięć. W edukacji, podobnie jak w języku, kluczowa jest składnia. Płynność. A my właśnie zrobiliśmy naszym dzieciom gramatyczny bałagan.
Dominika Wantuch w swoim tekście punktuje to bezlitośnie: w edukacji robimy wszystko „od d*py strony”. I choć brzmi to dosadnie, trudno o lepszą diagnozę. Kiedy w roku szkolnym 2003/2004 wprowadzano system rotacyjnych ferii, argument był jeden: narty. Polska lat 80. i 90. tłoczyła się w pociągach i na nielicznych stokach. Trzeba było ten tłum rozładować.
Minęło 20 lat. Świat się zmienił. Dzieci jest mniej, latamy do Azji, jeździmy w Alpy, Bieszczady mają świetną ofertę. A my? My dalej tkwimy mentalnie w kolejce do wyciągu na Polanie Szymoszkowej z 2003 roku.
Ministerstwo Edukacji ogłosiło „rewolucję” - zamiast czterech terminów ferii mamy trzy. Powód? Ten sam, co zawsze: „wyzwania organizacyjne dla branży turystycznej”. I tu, drodzy Państwo, zwróćcie uwagę na język. Nie mówimy o higienie umysłowej ucznia, o krzywej zapamiętywania czy biologicznym rytmie dziecka. Mówimy o „płynności ruchu turystycznego” i „obłożeniu hoteli”.
Język nas zdradza. W oficjalnych komunikatach uczeń nie jest młodym człowiekiem chłonącym wiedzę. Jest klientem, którego trzeba odpowiednio rozlokować w czasie i przestrzeni, żeby kasa w pensjonatach się zgadzała.
Nauczyciele mówią wprost: te osiem dni między przerwami to czas stracony. Edukacyjne limbo. Uczeń wraca do ławki, ale jego głowa jest jeszcze przy choince, a za chwilę będzie już na stoku. Mózg działa w trybie stand by. „Byle doczekać”.
A potem? Potem następuje gwałtowne zderzenie ze ścianą. Powrót w lutym. Marzec. Kwiecień - Wielkanoc. I nagle maj: matury, egzaminy ósmoklasisty, koniec roku. Zamiast maratonu fundujemy dzieciom serię chaotycznych sprintów przerywanych drzemkami. A potem dziwimy się, że są zmęczone, że „nie nadążają z materiałem”, że trzeba korepetycji.
To nie dzieci są „rozleniwione”. To my zaprojektowaliśmy im rok szkolny wbrew biologii.
Lubię myśleć o roku szkolnym jak o opowieści. Powinna mieć swój wstęp, rozwinięcie, momenty napięcia i punkty oddechu. Tymczasem obecny kalendarz przypomina powieść pociętą przez szalonego redaktora, który wklejał rozdziały na chybił trafił, bo akurat „taka była baza noclegowa”.
Może czas przestać udawać, że te zmiany są dla dzieci? Może czas spojrzeć na kalendarz nie jak na grafik rezerwacji hotelowych, ale jak na zapis rytmu życia młodego człowieka?
Bo na razie - jak słusznie zauważa Dominika - chwalimy się rewolucją, która zmienia tylko daty w Excelu. A w głowach uczniów? W głowach uczniów wciąż panuje ten sam chaos. I żadna metafora, nawet ta najcieplejsza, tego nie przykryje.
Dobrego tygodnia - oby Wasz rytm był Wasz, a nie podyktowany przez „wyzwania branży turystycznej”.