Grenlandia a sprawa polska
Neodym, dysproz, itr, skand…. O to bije się (na razie w warstwie słowno-dyplomatycznej) Donald Trump. Słynne pierwiastki ziem rzadkich, obficie reprezentowane pod powierzchnią największej wyspy na świecie, niezbędne przy produkcji chociażby współczesnej elektroniki. Furda z tym, że specjaliści od geologii nieśmiało zauważają, że ich wydobycie na Grenlandii jest ekstremalnie trudne, wymaga olbrzymiej ilości energii, której na wyspie nie ma, a budowa kopalń będzie trwać po kilkanaście lat. To nie przypadek, że na wyspie przemysł wydobywczy jest dosyć szczątkowy - w stosunku do jej zasobów.
Trump się uparł, chce Grenlandii. I stawia w ten sposób swoich sojuszników w ekstremalnie - jak grenladzkie mrozy - trudnej sytuacji. Nie tylko Danię, ale i resztę Europejczyków, w tym Polskę. Co mamy zrobić? „Gdy już amerykańskie wojska pojawią się na duńskiej wyspie, dla Polski nadejdzie więc moment wyboru: albo kurczowo trzymać się aliansu z Ameryką, stając się czymś w rodzaju konia trojańskiego wrogiej potęgi w Europie; albo postawić na pogłębienie europejskiej integracji, przede wszystkim w polityce obronnej i zagranicznej” – pisze Jędrzej Bielecki. Publicysta „Rzeczpospolitej” nie ma złudzeń: „Jeśli nie będzie już innego wyjścia i trzeba będzie wybierać, choć z ciężkim sercem, Polska powinna postawić na Europę, a nie Amerykę”. Europę licznych słabości, czasami skłóconą, nieefektywną, ale bardziej obliczalną od amerykańskiego prezydenta, który oprócz grenlandzkiego szaleństwa kolejny raz poczęstował świat zrzuceniem winy na Ukraińców za brak pokoju z Rosją. Co, jak nie od dziś wiadomo, kończy się intensywnym mrożeniem szampana na Kremlu.