Polacy wracali z regionu objętego wojną dzięki biurom podróży
We wtorek specjalny zespół urzędników powołanych do zorganizowania ewakuacji polskich turystów, których zatrzymała za granicą wojna na Bliskim Wschodzie podsumuje swoje wysiłki. W zeszłym tygodniu ogłosił, że do kraju wróciło ponad 12 tysięcy osób. Z czego, uwaga!, zaledwie kilkuset przywiozły samoloty wysłane przez rząd (osiem maszyn z 44), a ponad 6 tysięcy same biura podróży. Pozostali wrócili własnym sumptem, czyli liniami lotniczymi, które ich tam zawiozły lub kupując bilety w specjalnych samolotach podstawionych przez LOT.
Oczywiście nikt nie odmawia zasług Ministerstwu Spraw Zagranicznych i pracownikom placówek dyplomatycznych. Pomoc przy zapewnieniu bezpieczeństwa i opieki Polakom to była na pewno trudna, koronkowo wykonana praca. Ale to profesjonalni organizatorzy turystyki wykonali gros tej pracy. I wcale się nie chwalili, po prostu uważali, że to ich obowiązek, mają zresztą doświadczenie w działaniu w sytuacjach kryzysowych, bo tych nie brakuje w ich pracy.
Warto to podkreślić. Nie patrząc na koszty zapewnili swoim klientom noclegi, wyżywienie, transport na lotnisko i przelot do kraju, opiekę rezydentów na miejscu. Często ponad to, co nakazuje im ustawa o imprezach turystycznych.
Kolejny raz udowodnili starą prawdę, że turyści podróżujący z biurami podróży są w uprzywilejowanej sytuacji w razie nadzwyczajnych zdarzeń zakłócających ich wypoczynek lub powrót. Mają opiekunów w postaci tych firm. Przeważnie bez dopłacania. Warto? Warto! Można? Można!