Sprawdzać, czy ufać? Pozwolić działać samodzielnie, czy „popychać” w odpowiednim kierunku? Być rodzicem „helikopterem”, czy „oazą spokoju”, która z cierpliwością i wyrozumiałością patrzy na popełniane przez dziecko błędy?
A może nie definiować się, nie trzymać jednej linii wychowawczej tylko dopasowywać się do dziecka i sytuacji? Bo teoria jedno, a praktyka drugie.
Pamiętam jak lata temu zmęczona i sfrustrowana czytałam kolejny poradnik o usypianiu niemowląt. Syn spał jak chciał, budził się o różnych dziwnych porach. Nigdy nie wiedziałam, czy teraz będzie radośnie machał rączkami i nóżkami przez godzinę, czy może zacznie płaczliwą solówkę, a ja będę go nosić na rękach aż się uspokoi.
Chciałam go zrozumieć, jakoś ogarnąć dzień i noc. Niestety zaczęłam myśleć, że to ze mną jest coś nie tak, skoro nie potrafię „obsłużyć” niemowlaka. Zaczęłam więc szukać do niego instrukcji obsługi. W jednym poradniku przeczytałam, że powinnam dać mu się wypłakać, broń Boże nie brać na ręce, a gdy syn się w końcu zmęczy, sam zaśnie.
W drugiej książce było napisane, że przez pierwszy rok dziecko powinno być przyklejone do mamy. Gdy będzie czuło jej ciepło i zapach, będzie szczęśliwe i spokojne.
Spróbowałam obu sposobów, i żaden się u nas nie sprawdził. Widok płaczącego maluszka w łóżeczku rozdzierał mi serce. Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować, gdy synek wił się w spazmach i po dwóch minutach brałam go na ręce. Może w końcu by się zmęczył i zasnął, ale ja przypłaciłabym to załamaniem nerwowym.
Gdy już był na rękach i uspokajał się, pomyślałam, że może chce być do mnie przyklejony. No, nie o to mu chodziło. Gdy tylko ciut mocniej przytulałam go do siebie, robił się czerwony, zaczynał wierzgać nóżkami i rączkami, jak by chciał powiedzieć: „Matko jedyna, daj mi trochę przestrzeni”. Odwracałam go główką w stronę świata - płakał mniej. Brałam go na bok, na biodro – zaciekawienie na twarzy. Odkładałam do łóżeczka – płacz. Ponownie na ręce, ale bez przytulania – spokój. I tak krok po kroku, metodą prób i błędów uczyliśmy się siebie nawzajem.
Teraz Leon ma 15 lat i przed nim egzamin ósmoklasisty. Ponownie odpychamy się i przyciągamy. Gdy za bardzo wypytuję go o przygotowania do egzaminu, spuszcza głowę i zaczyna mamrotać pod nosem. Nie jestem w stanie nic się dowiedzieć, do tego on obraża się i zamyka w sobie.
– Dobra, nie będę dopytywać, ale umówmy się, że jak będziesz potrzebował pomocy, dasz znać – zaproponowałam. Zgodził się i po tygodniu wyznał (wiem, że musiało go to dużo kosztować), że rozprawka go przerasta.
– Może spróbujemy razem? – zapytałam.
– Ok, ale nie będziesz się za bardzo mądrzyć?
– Ja? Mądrzyć? W życiu!