Wojna w Zatoce: droga ropa, drony i potęga rebrandingu
370 mld euro rocznie, ponad miliard dziennie – tyle w spokojnych czasach wydaje Unia Europejska (w tym Polska) na import ropy i gazu. Po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej, a w ślad za tym eksplozji cen tych surowców energetycznych, Europa płaci za nie dodatkowo pół miliarda euro dziennie. Czyli o około 50 proc. więcej! Państwa starają się złagodzić kryzys energetyczny, wywołany tą wojną, już drugi po napaści Rosji na Ukrainę w 2022 r. W Polsce został on tylko lekko „rozmasowany” za pomocą CPN, czyli niezwykle kosztownego obniżenia podatków od paliw.
To kolejny argument, by postawić na takie surowce energetyczne, które - jak wiatr i energia słoneczna - przyroda dostarcza nam za darmo. Powiem wprost: trzeba być frajerem, by z nich nie korzystać, choć wymaga to potężnego dostosowania systemów energetycznych. Cieszę się, że Europa takim frajerem być nie chce i nie rezygnuje z uzyskania pełnej niezależności energetycznej.
Wojna w Zatoce Perskiej, której Donald Trump wygrać nie potrafi, wiele zmienia – także kierunki dostaw sprzętu wojskowego. Jeszcze 6 marca prezydent Trump odrzucił ofertę Wołodymyra Zełenskiego dotyczącą pomocy w zwalczaniu irańskich dronów. Najwyraźniej jednak zmienił zdanie, bo - jak poinformował właśnie „Financial Times” - Kijów i Waszyngton przygotowują się do podpisania pierwszej umowy o dostawie ukraińskich dronów do testów dla armii USA.
Tymczasem stacja NBC News donosi z USA, że Pentagon rozważa… zmianę nazwy wojny z Iranem z dotychczasowej „Epicka furia”, by – mówiąc w uproszeniu – uniknąć konieczności uzyskania zgody Kongresu na prowadzenie tej operacji. Jeszcze raz okazuje się, że rebranding to potężne narzędzie, nie tylko w biznesie.