Egzamin ósmoklasisty 2026 jeszcze przez chwilę będzie tematem rozmów: najpierw w szkolnych korytarzach i rodzicielskich grupach, potem przy wynikach, punktach i rekrutacyjnych kalkulatorach. A później, jak co roku, zniknie z pola widzenia. Zostanie po nim jednak coś ważniejszego niż arkusze i procenty: niewygodne pytanie o to, czego właściwie chcemy od szkoły.
Bo tegoroczny egzamin, jak przeczytałam w wielu komentarzach, „zaskoczył uczniów”. I ja myślę, że to dobrze. Bo szkoła ma być nie tylko miejscem zdobywania wiedzy, ale przede wszystkim ćwiczenia myślenia. Tymczasem wciąż zachowujemy się tak, jakby każde odejście od przewidywalnego schematu było błędem systemu.
W poprzednich latach pojawiały się teksty z kanonu: „Chłopcy z Placu Broni”, „Kamienie na szaniec”, „Balladyna”, „Zemsta”, „Pan Tadeusz”, „Quo vadis”, „Mały Książę”. Nic dziwnego, że wielu uczniów przygotowuje się do egzaminu jak do quizu z listy obowiązkowych tytułów: powtarza motywy, bohaterów, streszczenia i gotowe argumenty.
Tymczasem czytanie ze zrozumieniem zaczyna się właśnie wtedy, gdy tekst jest nowy. Gdy trzeba wejść w cudzą myśl, rozpoznać sens, ton, intencję, związek między zdaniami. Gdy nie da się odpowiedzi nauczyć na pamięć.
Zaskoczenie pojawiło się także przy wypracowaniu. Nie było rozprawki, na którą wielu uczniów czekało. Było przemówienie - forma, która sprawdza argumentowanie, świadomość odbiorcy, kompozycję i język perswazji. Czyli dokładnie te umiejętności, które szkoła powinna ćwiczyć.
Można oczywiście rozumieć stres uczniów. Egzamin to napięcie, rekrutacja, punkty i poczucie, że od kilku dni zależy wiele. Ale trudno uznać za skandal fakt, że uczeń musi samodzielnie przeczytać nieznany tekst albo napisać coś innego niż najbardziej wytrenowaną formę.
Dla odmiany egzamin z matematyki nie wydawał się w tym roku szczególnie ambitny. I znów można powiedzieć: dobrze, dzieci mniej się stresowały. Tylko jeśli egzamin ma być na tyle łatwy, by nikogo nie zabolało, a to, co wymaga samodzielnego myślenia, oburza, to po co nam egzamin?
W MEN wahadło leci od ściany do ściany. Raz liczą się wyłącznie testy. Za chwilę przypominamy sobie, że ważny jest proces. Potem boimy się, że proces będzie niesprawiedliwy, więc wracamy do testów. Potem testy okazują się zbyt stresujące, więc je łagodzimy. Potem ktoś alarmuje, że poziom spada.
Brakuje jednego: pomysłu na to, czego właściwie chcemy od szkoły.
A sprawa jest dość prosta. Dzieci i młodzież potrzebują wyzwań. Nie upokorzeń, nie egzaminacyjnej rzezi, ale prawdziwych intelektualnych zadań: takich, które wymagają wysiłku, koncentracji, namysłu, popełnienia błędu i poprawienia go. Potrzebują sukcesów, ale też porażek, które są tylko informacją zwrotną.
Żadne AI, żadne aplikacje i żadne technologiczne cuda nie zmienią faktu, że rozwój poznawczy nie odbywa się bez oporu. Mózg uczy się wtedy, gdy musi coś zbudować, połączyć, sprawdzić, zakwestionować. Nie wtedy, gdy dostaje gotowy skrót i gwarancję, że przypadkiem się nie zmęczy.
Szkoła nie jest świetlicą ani przechowalnią między lekcjami a zajęciami dodatkowymi. Jest miejscem, w którym dziecko ma się zmagać ze światem: z językiem, liczbami, tekstem, cudzym punktem widzenia i własną niewiedzą.
Egzaminy, także matura, jeśli mają mieć sens, powinny być pewnie wielopoziomowe. Powinny dawać różne ścieżki i nie udawać, że wszyscy uczniowie mają te same potrzeby. Ale na każdym poziomie muszą być uczciwie wymagające. Nie po to, by dzieci przyłapać na niewiedzy, lecz po to, by pokazać im, że wiedza, myślenie i wysiłek naprawdę coś znaczą.
Bo największym problemem polskiej szkoły nie jest to, że na egzaminie pojawia się Lem. Ani to, że zamiast rozprawki trzeba napisać przemówienie. Największym problemem jest to, że wciąż nie umiemy się zdecydować, czy chcemy dzieciom stawiać wymagania, czy tylko chronić je przed każdym dyskomfortem.