Są takie momenty w polityce zagranicznej, gdy nie trzeba czekać na oficjalny komunikat, by zrozumieć przekaz. Wystarczy spojrzeć na gesty. A Waszyngton właśnie wykonał wobec Warszawy dwa gesty, które w języku dyplomacji brzmią jak chłodne: "usiądźcie z boku".
Pierwszy policzek to sprawa Zbigniewa Ziobry. Były minister sprawiedliwości, człowiek ścigany politycznie przez własną przeszłość i prawnie przez państwo, znalazł bezpieczną przystań za oceanem. Dla rządu Donalda Tuska jest to sygnał brutalny: możecie opowiadać o rozliczeniach, ale klucze do drzwi chowa w kieszeni ktoś inny.
Drugi policzek jest jeszcze bardziej konkretny, bo liczony w żołnierzach. Pentagon anulował rotacyjny przerzut około 4 tys. amerykańskich wojskowych do Polski. Formalnie — logistyka, rotacje, techniczne korekty. Politycznie wiadomość jest dużo gorsza: nawet modelowy sojusznik może zostać potraktowany jak pozycja w arkuszu kalkulacyjnym.
I tu zaczyna się polski paradoks. Bo przecież Polska od lat robiła wszystko, by w Waszyngtonie wyglądać jak prymus NATO. Wydajemy gigantyczne pieniądze na amerykańskie uzbrojenie. Kupujemy Abramsy, HIMARS-y, Patrioty, F-35. Budujemy wizerunek kraju, który nie marudzi, nie lawiruje, nie pyta, czy się opłaca, tylko płaci rachunek i staje w pierwszym szeregu. Amerykańskich żołnierzy w Polsce było na początku roku około 8,5–9 tys.
A jednak nagle okazuje się, że bycie "wzorowym sojusznikiem" nie daje immunitetu od upokorzeń. Nie daje też gwarancji, że telefon z Warszawy zostanie odebrany z większą czułością niż telefon z Berlina, Paryża czy Budapesztu.
Na to wszystko nakłada się jeszcze wojna domowa na szczytach władzy: rząd kontra Karol Nawrocki. W normalnym państwie taki kryzys wymagałby wspólnego frontu. U nas natychmiast staje się paliwem do kolejnego zwarcia.
Jedni będą mówić, że Tusk nie umie rozmawiać z Amerykanami. Drudzy — że Nawrocki i jego otoczenie robią z polityki zagranicznej partyjną przystań dla PiS. Efekt jest przewidywalny: Waszyngton patrzy na Warszawę i widzi nie jednego sojusznika, tylko dwa obozy, które bardziej walczą ze sobą niż o polski interes.
Najgorsze nie jest nawet to, że Amerykanie dali nam policzek. Najgorsze jest to, że w Warszawie natychmiast zaczęła się kłótnia, kto powinien nadstawić drugi.
Zapraszam do lektury
Kamil Dziubka