Polka Maja Chwalińska w finale Roland Garros!
Piękny sen trwa. Polka Maja Chwalińska, która jako kwalifikantka przebojem wdarła się do najlepszej czwórki Roland Garros, zagra w finale. W czwartek pokonała (7:6, 6:4) Rosjankę Dianę Sznajder, która wcześniej wyrzuciła za burtę pierwszą rakietę świata Białorusinkę Arynę Sabalenkę. Dla obydwu zawodniczek był to pierwszy występ w półfinale Wielkiego Szlema i obydwie pokazały, że nic tu nie było dziełem przypadku. Fanom tenisa, a także tym, których zwabiła na trybuny czy przed telewizory informacja o „polskiej sensacji”, zaserwowały kawał świetnego sportowego widowiska.
Chwalińska w pierwszym secie grała koncertowo, sięgając do arsenału swoich sztuczek, którymi zaskakiwała rywalki podczas poprzednich meczów. Wygrała tę partię po iście morderczym tie-breaku. W drugim secie już było z górki.
Rozpoczynając turniejowe zmagania, 24-latka z Bielska-Białej była uplasowana na 114. pozycji światowego zestawienia. Dokonania na paryskich kortach już pozwalają jej otrzeć się o pierwszą dwudziestkę rankingu WTA. A może być jeszcze lepiej.
Sensacyjny awans Mai Chwalińskiej przykrywa niesmak, który wywołał środowy remis naszych piłkarzy w meczu z grającą bez swoich gwiazd Nigerią. Piszę „remis”, myślę „blamaż”, nieco tylko osłodzony golem strzelonym w 95. minucie przez Przemysława Wiśniewskiego. Grający w reprezentacji od niespełna roku zawodnik Widzewa Łódź, wyrównując na 2:2 strzałem z dystansu, sprawił niespodziankę kibicom i chyba także sobie samemu. „Nasz obrońca nie wiedział, co zrobić z piłką, więc zdecydował się na strzał z 30 metrów i trafił. Być może było to jego najlepsze zagranie w całej karierze, po którym Jan Urban nadal będzie go powoływał do kadry. A Wiśniewski za mało umie, żeby grać w narodowej jedenastce. Nie on jeden” – tak Stefan Szczepłek podsumowuje w swoim komentarzu męki Polaków i nudy zafundowane kibicom.
Na rp.pl nudy nigdy nie ma, nawet w leniwy świąteczny dzień. Zapraszam do lektury!