Naiwna, lekkomyślna, próżna, zwyczajnie głupia. Taka była blondynka z dowcipów mojego dzieciństwa. Wokół tego stereotypu obraca się serial "Elle", którego akcja rozgrywa się w 1995 roku, a więc właśnie wtedy. Jego bohaterką jest jedna z najsłynniejszych ekranowych blondynek – Elle Woods z filmu "Legalna blondynka", grana przez
Reese Witherspoon w produkcji z 2001 roku.
To właśnie ona – dziś nie tylko laureatka Oscara, ale również
wpływowa hollywoodzka producentka (m.in filmu
"Zaginiona dziewczyna" Davida Finchera oraz seriali
"Wielkie kłamstewka" i
"The Morning Show") – wpadła na pomysł, żeby nakręcić serial o licealnych latach bohaterki, która przyniosła jej sławę.
W filmie Elle Woods zostaje porzucona przez chłopaka, bo nie pasuje do jego planów związanych z wielką polityką. Dlaczego? Bo kocha różowy kolor, długopisy z puszkiem, buty na koturnach i swojego chihuahuę, lubi rozmawiać o ciuchach i dobrze się bawić. Krótko mówiąc: jest niepoważna.
"Elle" cofa się do czasów licealnych bohaterki. Szesnastoletnia Elle (debiutująca Lexi Minetree) przeżywa właśnie osobisty dramat: ze słonecznego Los Angeles, gdzie z przyjaciółkami jeździ kabrioletem na zakupy przy Rodeo Drive, gdzie ma willę z basenem i chłopaka, którego chciałaby pocałować, musi przenieść się do deszczowego Seattle. Seattle, w którym króluje grunge i gdzie jej różowe sukienki odcinają się od morza ciemnych bluz z kapturem oraz flanelowych koszul w kratę. Gdzie uchodzi za kalifornijskiego pustaka.
Ale Elle nie byłaby sobą, gdyby się poddała. Stopniowo zdobywa przyjaciół (i wrogów), oswaja się z nowym miejscem, a ono oswaja się z nią. Choć jej udział w pierwszym pogo nieuchronnie kończy się wizytą na ostrym dyżurze.
Serial "Elle" zapewne niczyjego życia nie zmieni, ale jest w nim tyle optymizmu, że może podnieść na duchu. I przypomnieć – nie tylko nastolatkom – by oceniać ludzi po czynach, a nie po kolorze włosów.