- Co? Już mamy wracać do domu? Przecież jest jeszcze jasno! - zawołała moja córka, nie siląc się nawet, aby ukryć swoją dezaprobatę dla mojego pomysłu, aby o godzinie 21.00 ośmiolatka zaczęła szykować się do snu.
Podobne niezrozumienie wyczytałam na twarzach jej podwórkowej ekipy mieszczącej się w przedziale wiekowym od czterech do 12 lat. A mnie na to dictum krytycznych spojrzeń zabrakło argumentów. Są przecież wakacje, nie musi odrabiać lekcji, nie musi następnego dnia wstać do szkoły, a z tego tytułu to właściwie i spać można położyć się lekko brudnawym. Czarne stopy i pełne zdrowego ognia oczy to przecież symbol tego najbardziej pożądanego dziś dla dzieci dzieciństwa. Dzieciństwa budowanego w świecie realnym, opartego na zabawie, doświadczaniu i kreatywności.
A przede wszystkim dzieciństwa w otoczeniu ludzi. Tych prawdziwych, a nie awatarów z social mediów lub skulonych nad telefonem wydmuszek, które nie raczą nas zaszczycić dłuższą chwilą uwagi. Psychologowie wskazują, że gwarantem szczęścia i spokoju są dziś dla nas właśnie... relacje z innymi ludźmi. Kontakty oparte na emocjonalnej uważności i fizycznej obecności.
Czy nie o takim właśnie dzieciństwie zawsze marzyłam dla swoich dzieci, gdy każde z nich trzymałam zawinięte w szpitalne bety. W mojej głowie nie było wówczas ekskluzywnych kursów, czerwonych pasków, certyfikatów, ale ich uśmiechnięte twarze w otoczeniu przyjaciół z podwórkowej bandy, spędzające czas na robieniu kotletów z błota i organizowaniu wyścigów ślimaków.
A wracając do pytania mojej córki... Przyznałam rację jej tokowi myślenia. Mnie też przydało się jeszcze te kilkanaście dodatkowych minut, które wykorzystałam na wypicie szklanki coli z lodem i cytryną (a co!) i lekturę tekstu Martyny Glinieckiej o tym, czy odcinanie dzieci od Internetu to dobry pomysł. A na kolejne wakacyjne wieczory, przygotowałam już sobie kolejne...
Oto i one.