Poniedziałek, 27 lipca 2026

Dominika Wantuch
Dziennikarka

Mamy rekordową liczbę chętnych na kierunki medyczne. Kandydaci szturmują uczelnie, medycyna podbiła nawet politechniki, a na jedno miejsce przypada kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt osób. Kierunki medyczne, w tym stomatologia, są hitem tegorocznej rekrutacji.

Trudno nie zauważyć w jakich okolicznościach ten szturm się odbywa. W tle mamy aferę w Szpitalu Południowym i młodego lekarza bez specjalizacji, który zarobił w rok 1,6 mln zł., a na jaw co rusz wychodzą kolejne rekordowe kontrakty lekarzy, którzy w miesiąc potrafią zarobić 100, 200, a nawet 300 tys. zł. Biały fartuch zaczyna w zbiorowej wyobraźni połyskiwać jak garnitur maklera giełdowego z lat 90.

Nic więc dziwnego, że na pytanie, po co takie studia, pojawia się gotowa odpowiedź: "młodzi idą na medycynę dla kasy". A jak dla kasy, to na pewno nie z powołania. A jak nie z powołania, to na pewno będą złymi lekarzami...

To krzywdzący stereotyp. Na medycynę nie jest łatwo się dostać i nie jest łatwo ją przejść. Progi punktowe każdego roku są wysokie, żeby zdobyć 80, 90 proc. z matury rozszerzonej z biologii, czy chemii trzeba włożyć mnóstwo pracy i wysiłku. Ci, którym się nie udaje, ale mają zaplecze finansowe rodziców, mogą iść na studia płatne. Na polskich uczelniach semestr medycyny to koszt ok. 30 tys. zł. W takiej sytuacji łatwo zapomnieć o tym, że pieniądze rodziców nie zdadzą anatomii, czy egzaminu lekarskiego, ale trudno uciec od myśli, że 300 tys. zł włożone w edukację dziecka ma nie być inwestycją, która ma się zwrócić.

Z drugiej strony, czy to coś złego, że młodzi ludzie chcą w przyszłości dobrze zarabiać? Stworzyliśmy młodym świat konsumpcjonizmu i ciągłej potrzeby "więcej". Więcej doświadczeń, podróży, kompetencji, rozwoju. Powtarzamy im, że mają możliwości, jakich nie miały wcześniejsze pokolenia, daliśmy im niemal nieograniczony wybór - mogą żyć, gdzie chcą, podróżować, robić, co chcą. A jednocześnie ograniczyliśmy im ogromnie możliwość samodzielnego życia. Kawalerka za bańkę nie jest dziś ponurym żartem, takie są ceny w dużych miastach. Młodzi chcą mieć w przyszłości dzieci? Ich wychowanie to koszt ok. 600 tys. zł. Kredyt, leczenie, opieka nad rodzicami w przyszłości i emerytura, w którą dzisiejsi dwudziestolatkowie niezbyt wierzą. Nad każdym marzeniem wisi dziś cennik.

Dlaczego więc oczekujemy, że przy wyborze studiów i zawodowej przyszłości młodzi będą kierować się wyłącznie szlachetnymi pobudkami? Dlaczego uznajemy, że nie można połączyć chęci pomagania innym z marzeniem o prestiżu i dobrymi zarobkami? Dlaczego wkładamy motywacje do osobnych szufladek nie dopuszczając myśli, że ambicja może mieszać się z empatią, a oczekiwania rodziców z własnymi planami? I ciągle rzucamy tym wyświechtanym słowem "powołanie", myląc je nierzadko z wykorzystywaniem. Oczekujemy, że z powołania będą pracować nauczyciele, pielęgniarki, lekarze, opiekunowie, policjanci i strażacy. Jakoś tylko od polityków nie oczekujemy powołania.

Może pora zdjąć klapki z oczu i przestać udawać, że człowiek pracuje dla idei? Człowiek pracuje dla pieniędzy. Pracuje, żeby godnie żyć.

A algorytmy serwisów społecznościowych jeszcze tę opowieść o godnym i dobrym życiu podbijają. W serwisach społecznościowych mnóstwo jest analiz dotyczących tego, które kierunki mają przyszłość i mnóstwo filmików opowiadających o dostatnim życiu lekarzy (zwłaszcza tych zajmujących się medycyną estetyczną) czy stomatologów. Memy o tym, jakie luksusy widzi przed oczami dentysta, gdy przychodzi pacjent "po nowe zęby", są viralem.

Podobne opowieści lata temu, jeszcze przed erą serwisów społecznościowych, krążyły o maklerach giełdowych, potem menagerach korporacji i kierunkach biznesowych. Potem było prawo. To ono miało dawać prestiż i możliwości wysokich zarobków. Następnie był boom na informatykę. Co kilka lat mamy nowy "kierunek przyszłości". Dziś algorytmy podpowiadają stomatologię i medycynę. Ten ostatni kierunek ma o tyle wyższość nad innymi, że ludzie mogą zrezygnować z wielu potrzeb, ale zawsze będą chorować, a lekarze zawsze będą potrzebni. Gdy jedne zawody znikają, a inne przejmuje technologia, medycyna wygląda na bezpieczny wybór. Trudno uznać, że ten argument pozostaje bez wpływu na młodych ludzi.

Prawda jest jednak też taka, że niezależnie od tego, co młodzi zdecydują, zweryfikuje ich rzeczywistość. W przypadku medycyny nie jest ona mniej brutalna, niż w przypadku wyboru innej drogi życiowej. Dziesiątki godzin spędzonych nad książkami, egzaminy, trzeba dostać się na specjalizację, wytrzymać dyżury i latami budować pozycję. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w przypadku medycyny prawdziwa kariera zaczyna się często dopiero w wieku ok. 50 lat, bo wcześniej trzeba zrobić doktorat, profesurę i poczekać aż profesor - szef zechce ustąpić miejsca młodszym kolegom.

Oczywiście, o nadużyciach nie wolno zapominać. Ale sprawa Dawida Kacprzyka ze Szpitala Południowego nie jest dowodem na to, że wystarczy skończyć medycynę, żeby zostać milionerem. Nie jest na to też dowodem sprawa spółki neurochirurgów, którzy mieli wystawiać szpitalom zawyżone rachunki. Za tymi sprawami stoją konkretni ludzie, którzy być może (to ustali prokuratura) łamali prawo.

Natomiast zarzucając młodym ludziom tylko skupienie na pieniądzach, warto mieć na uwadze, że dyplom sam nie robi z człowieka milionera. Czasem sprzyja temu system, który nie sprawdza za co płaci. I tam, a nie w kalkulacjach osiemnastolatków, warto szukać afery.

WYCHOWANIE DZIECI

"Niektórym trudno zaakceptować, że dziecko przeżywa jakąś frustrację, a ona czasem bywa rozwojowa"
- Jeśli nadwrażliwość dziecka wręcz destabilizuje życie, warto też zastanowić się, czy to nie jest rezultat działania osób w jego otoczeniu. Być może tak się nad nim 'pochylali', że wygenerowali problem? - mówi prof. Agnieszka Słopień, psychiatrka i psychoterapeutka.
CZYTAJ WIĘCEJ

ROZWÓD

RELACJE

CIAŁO BEZ PRESJI

ZDROWIE PSYCHICZNE

REKOMENDACJE DLA CIEBIE