Poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Magdalena Karst-Adamczyk
Szefowa wysokieobcasy.pl

Skończyłam właśnie czytać nową książkę Melissy De Costy „Co przyniesie jutro”. Urodzona w roku 1990 Costa jest dziś jedną za najpopularniejszych francuskich pisarek, jej debiutancka powieść „Cały ten błękit” zdobyła uznanie i serca czytelniczek na całym świecie. 

Costa sięga po trudne tematy. Jej bohaterki i bohaterowie, znalazłszy się na życiowych zakrętach, doświadczając straty, odcinają się od świata, który znali, decydują się na radykalną zmianę i wyruszają w dosłowną, ale też metaforyczną podróż.

„Co przyniesie jutro”, podobnie jak „Cały ten błękit”, jest książką o żałobie. O ile jednak w debiutanckiej powieści Costa historię żałoby nieco zawoalowała, o tyle w nowej książce od razu rzuciła karty na stół. Zbudowała tę opowieść nie na podkręcaniu dramaturgii, nie na suspensie. „Co przyniesie jutro” to studium żałoby i rytm powieści oddaje rytm życia człowieka, który jest w niej pogrążony – tzn. jest niespieszny, chwilami nużący, skoncentrowany bardziej na przeżywaniu emocji niż doświadczaniu wrażeń.  

Główna bohaterka, Amande, jest młodą kobietą, która po tragicznej śmierci męża, bierze  bezpłatny urlop w pracy i porzuca życie w Lyonie na rzecz życia w wiejskiej chacie z ogródkiem na odludziu. Na ogół jest tam sama i skupiona na tym, co tu i teraz, choć pozostaje w okazjonalnym kontakcie z teściami oraz bratem zmarłego męża. Amande myśli o nich z troską, a oni myślą tak o niej, ale każda z tych osób musi przejść własną żałobę we własnym rytmie i na własnych zasadach.
Jednak to nie Amande i jej proces przepracowywania straty jest powodem, dla którego piszę ten tekst. Skłoniła mnie do tego postać Richarda, teścia głównej bohaterki, który jest co prawda postacią drugiego planu, ale jest postacią napisaną bardzo czule i, jak sądzę, prawdziwie.

Richard jest bowiem mężczyzną, który z jednej strony uosabia wrażliwą męskość tzn. jest połączony ze swoimi emocjami, nie ukrywa ich, ponadto dostrzega emocje innych i ma w sobie duże pokłady empatii, ale z drugiej strony, bierze na siebie ciężar kulturowo przypisany mężczyznom - ciężar bycia skałą, podporą dla innych. Richard czuje się odpowiedzialny za żonę i synową do tego stopnia, że niejako uznaje, że ich cierpieniem trzeba zaopiekować się bardziej niż własnym. Jaki jest tego efekt, można się łatwo domyślić - Richard upada jako ostatni, czyli dopiero wtedy, kiedy innym udaje się już jako tako stanąć na nogi.

Tak się złożyło, że w chwili, gdy czytałam książkę, w wypadku na motocyklu zginął irlandzki muzyk Glen Hansard, artysta, którego ceniłam i którego śmierć bardzo mnie obeszła. Ponieważ Hansard, laureat Oscara za piosenkę do pięknego filmu „Once”, brał udział w wielu muzycznych projektach, był artystą cenionym na całym świecie. Ponieważ był społecznikiem działającym na rzecz potrzebujących, szczególnie w rodzinnym Dublinie, był jednym z najbardziej uwielbianych i szanowanych obywateli tego miasta. Ponieważ był mężczyzną wrażliwym, zainteresowanym innymi ludźmi, miał wielu przyjaciół. Jego śmierć poruszyła więc wiele osób. 

Hansarda pożegnano w Dublinie z wielką estymą - przy jego trumnie zorganizowano publiczne czuwanie, przez które przewinęły się tysiące osób, zaś jego pogrzeb był transmitowany na żywo przez irlandzkie stacje telewizyjne i w internecie. A był to pogrzeb doprawdy niezwykły – można powiedzieć, że w Katedrze św. Patryka w Dublinie odbył się koncert, który był po części pożegnaniem, po części hołdem dla zmarłego artysty. Do fragmentów tego pogrzebu, jakkolwiek to zabrzmi,  w ostatnich dniach wracałam wielokrotnie. To, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to mężczyźni, którzy zrzucili maski i opłakiwali śmierć brata (Hansard miał ich trzech) i przyjaciela. Bez skrępowania, szczerze pokazywali emocje, przemawiając, śpiewając i grając. Trudno mi ocenić, ile w tym było irlandzkiego ducha, ale dawno nie widziałam tak wielu wrażliwych, otwartych na własne i cudze emocje mężczyzn. Zrobiło to na mnie duże wrażenie i zdałam sobie sprawę, jak rzadko widzimy takie obrazki w przestrzeni publicznej. Oraz - jak bardzo takich obrazków potrzebujemy.

Dziękuję Ci, Glen, za to, że znów pokazałeś nam, jak piękne oblicze może mieć męska wrażliwość!

TWARZE

Szpital psychiatryczny kojarzy się z miejscem odebranej wolności. Ja w nim odnalazłam przyzwolenie na to, by być chorą
Małgorzata Bargielska: W 'Szlachetnym naczyniu' piszę o latach 90., szpital psychiatryczny był wtedy często uważany za przestrzeń wyklętą, pobyt w szpitalu naznaczał na całe życie. Tym bardziej zastanawiać musi to, że Mira idzie do szpitala w podskokach, z nadzieją, że otrzyma tam wreszcie jakieś wsparcie.
CZYTAJ WIĘCEJ

CIAŁO BEZ PRESJI

TEKSTY DOBRE NA LATO

RELACJE

CO CZUJĘ

REKOMENDACJE DLA CIEBIE