Historia jest matrycą współczesności. Myślę o tym, czytając biografię Sokratesa i "Boskie trele" Moniki Milewskiej.
„Historia jest nauczycielką życia" – uważał inny antyczny inteligent, Cyceron. Żyjemy w czasach, gdy prawie każdy zna odpowiedź na wszystko i nie waha się ogłosić tego na portalach społecznościowych. Sokrates uważał natomiast, że mądrzej jest zadawać pytania. Tylko w ten sposób można ustalić prawdę. Słuchał też wewnętrznego głosu, daimoniona. A ten podpowiadał mu nie tyle, co robić, lecz czego nie robić.
Ten głos nie wciskał niczego na siłę, raczej przestrzegał, nakazywał czujność. To już chyba ostatni moment na to, by nauczyć się słuchać własnego głosu. Nadchodzą
influencerzy AI, którzy zagłuszą wszystko.
Historia jest matrycą współczesności i – jak wiadomo – lubi się powtarzać. Przypomina o tym nowa książka Moniki Milewskiej „Boskie trele" (Wydawnictwo Słowo/Obraz Terytoria). To zbiór szkiców poświęconych francuskiej kulturze przełomu XVIII i XIX wieku. I życiu codziennemu w czasach rewolucji francuskiej 1789. Nikt nie pisze o tym lepiej niż Milewska. Jej pierwsza książka na ten temat – „Ocet i łzy" – była wstrząsającym obrazem przesiąkniętego terrorem życia codziennego w rewolucyjnym Paryżu. Ludzi nurtowało wówczas pytanie, co zrobić z krwią zgilotynowanych, która zalegała na ulicach. To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam. Dlatego chętnie sięgnęłam po „Boskie trele".
W rewolucji francuskiej przeglądają się wszystkie ekstremizmy i totalitaryzmy XX wieku, a także naszych wojennych czasów. Autorce wystarczą dwa szkice, by to pokazać. I to na podstawie tego, co i jak ludzie jedli w tamtych strasznych czasach.
A więc – rewolucyjny zapał prowadzi do zbrodni. Pragnienie wolności do dyktatury.
Gilotyna staje się symbolem jednoczącym ludzi przeciwko innym ludziom, którym odbiera się człowieczeństwo. Rewolucja obejmuje wszystkie aspekty życia – czapka frygijska ozdabia talerz do zupy (jak blisko 150 lat później hitlerowski orzełek łyżeczkę do herbaty).
Od ludu wymaga się posłuszeństwa i ascezy – jego pokarmem jest czarny chleb. Za to przedstawiciele ludu pożerają foie gras, popijając szampanem. Potem pożera ich sama rewolucja.
Władza absolutna też się kiedyś kończy. Pytanie tylko, dlaczego ludzie ufają tyranom.
A o tym już nie Milewska, lecz Alex Gibney w
czterogodzinnym filmie „Musk". Miliarder próbował nie dopuścić do jego powstania. Nic dziwnego, że premiera na festiwalu w Wenecji zgromadziła tłumy. Premiera w samą porę, bo firma miliardera rozpoczęła produkcję humanoidalnych robotów, które zastąpią zbyt mało produktywnych ludzi. Dla was "Muska" obejrzał na festiwalu nasz dziennikarz, Dawid Dróżdż. „Film pozostawia widza z pytaniem, jak jeden socjopata może zaprowadzić na świecie tyle chaosu".