Jarosław Kaczyński znalazł się w pułapce, której przez lata skutecznie unikał. Coraz trudniej mu kontrolować własny obóz, a każdy ruch kosztuje go politycznie coraz więcej.
Sprawa Zondacrypto uderza nie tylko w pojedynczych ludzi prawicy. Jej siła polega na tym, że kolejne wątki zahaczają o cały ekosystem PiS i jego medialno-polityczne zaplecze. Kaczyński nie może więc po prostu odciąć jednego polityka i ogłosić, że problem został rozwiązany. Za dużo osób jest dziś zbyt ważnych, zbyt samodzielnych albo zbyt potrzebnych.
Dlatego prezes próbował zmienić temat. Rzucił się do obrony Michała Sopińskiego, rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości, człowieka wywodzącego się ze środowiska Zbigniewa Ziobry. Jeszcze kilka lat temu ziobryści byli dla Kaczyńskiego kłopotliwym koalicjantem, którego należało trzymać krótko. Dziś prezes jedzie osobiście bronić człowieka Ziobry, bo na kurczącej się prawicy każdy żołnierz jest na wagę złota.
Akademia była idealnym tematem zastępczym: policja, minister Żurek, spór o rektora, kamery i opowieść o "bezprawiu". Zamiast kryptowalut, faktur i podejrzanych kontaktów można było pokazać wyborcom prostą historię, w której "Tusk prześladuje naszych".
Tyle że ucieczka trwała krótko. Kaczyński sam wrócił do Zondacrypto i podczas medialnego oświadczenia w siedzibie partii próbował odwrócić role. Według niego problemem nie miała być już sama sprawa, tylko Donald Tusk, który wykorzystuje ją przeciwko prawicy.
I właśnie w tym widać słabość prezesa. Kiedyś to on narzucał temat dnia. Dziś reaguje. Na Tuska, na Żurka, na własnych ludzi, których już nie kontroluje i na kolejne publikacje.
A w tle lecące w dół notowania. We wrześniowym badaniu CBOS PiS ma 15 proc., Konfederacja 14,8. To tylko dwie dziesiąte punktu różnicy. To katastrofa dla Nowogrodzkiej i samego prezesa, który przez lata hołdował zasadzie, że na prawo od PiS może wyrosnąć tylko ściana. To się skończyło.
Zapraszam do lektury
Kamil Dziubka