"Z pierwszą wizytą u psychiatry jest jak z rozmrażaniem lodówki, oddaniem krzeseł do tapicera albo przypomnieniem komuś o tym, że jego ulubiony reżyser jest sprawcą przemocy seksualnej: nigdy nie ma na to dobrego momentu. Pewnego dnia człowiek siedzi sobie ze sprężyną wbitą w tyłek przy cieknącej zamrażarce, w telewizji leci »Frantic« i w końcu dociera do niego, że tak dalej być nie może".
Za każdym razem, gdy otwieram skutą lodem zamrażarkę, przypomina mi się ten cytat z "Jak płakać w miejscach publicznych" Emilii Dłużewskiej. Latem przekładam zadanie na zimę, zimą zakładam, że zima jeszcze potrwa. Z wizytą u psychiatry było o tyle łatwiej, że nie musiałam się zastanawiać, czy zmrożony zapas warzyw na patelnię się jeszcze do czegoś nadaje. W którymś momencie po prostu zadzwoniłam i umówiłam się na wizytę. To łatwiejsze niż rozmrożenie lodówki.